Krążek w najcenniejszym kolorze zdobyty podczas Mistrzostw Polski Skyrunning Classic był tym akcentem w trwającym ciągle sezonie, który ucieszył mnie najbardziej. W dodatku zdobyłem go w szczególnym dla mnie miejscu – Tatrach, które od dziecka były dla mnie jednym z ulubionych miejsc na piesze wędrówki. Tutaj też cieszyłem się z innych medali rangi mistrzostw Polski, które wywalczyłem na Kasprowym Wierchu. Vertical to jednak zupełnie inna bajka od długiego dystansu pełnego podbiegów, zbiegów i trudnych technicznie odcinków, podczas których lato miesza się z zimą i stawia przed biegaczami naturalne pułapki.

Pewnie wielu z Was zauważyło, że kojarzony do tej pory Krzysiek z Nielepic, który wymyślił sobie, że zostanie biegaczem górskim, w tym sezonie postanowił nieco wydłużyć czas spędzany na trasie podczas zawodów i porwać się na biegi długodystansowe. Zaliczył nawet maraton, ale nie o tym tutaj.

W tym miejscu chciałem podzielić się odczuciami, które towarzyszyły mi bezpośrednio przed startem, w jego trakcie, a także tuż po przekroczeniu linii mety podczas XII. Wysokogórskiego Biegu im. druha Franciszka Marduły.

 Nie były to moje pierwsze zawody rangi mistrzowskiej. Mimo posiadanego już doświadczenia skłamałbym, gdybym oznajmił, że nie odczuwałem stresu. Nie lubię, gdy wokół słyszę swoje nazwisko wymieniane w gronie faworytów do zwycięstwa. Z jednej strony to miłe, bo w końcu po to trenuję, żeby zdobywać medale, czuć dumę z siebie samego i móc spełniać sportowe marzenia. Czasami myślę, że może nawet lepiej, że biegi górskie nie są aż tak bardzo popularne w naszym kraju, bo nie wiem, czy wytrzymałbym ciśnienie, gdybym był „klasycznym” lekkoatletą, albo siatkarzem i nagle po występie przede mną wyrósłby tłum dziennikarzy…

Na liście startowej nie brakowało zresztą mocnych nazwisk. Po chwili paraliżu wywołanego stresem stwierdziłem jednak – walczę ze sobą samym i to, jak widać poskutkowało.

Od samego początku biegłem jako pierwszy. Całe 27,6 km prowadziłem ucieczkę przed tłumem biegaczy, którzy pisali swoje własne historie tego sportowego wydarzenia. Najpierw tuż za moimi plecami podążał Marcin Świerc. Tuż za nim o ważny dla siebie medal walczył Marcin Kubica. Młody i niewątpliwie utalentowany biegacz zbliżył się do mnie podczas podbiegu do Murowańca, ale ja stale kontrolowałem sytuację, wiedząc, po co przyjechałem w Tatry. Był moment, gdy stwierdziłem nawet, że narzucone tempo może być zgubne dla mnie samego, więc zwolniłem, aby na kolejnych kilometrach nie mieć problemu ze zbyt dużym spadkiem sił potrzebnych do walki.

Największe kłopoty sprawił mi podbieg na Liliowe. Na tym fragmencie trasy wciąż zalegał śnieg, który wybijał mnie z biegowego rytmu i nie mogłem przebiec tego odcinka tak, jakbym chciał. Gdy stopa uciekała mi do tyłu podczas poślizgu, wydawało mi się, że przechodzę do marszobiegu. Droga z Kasprowego Wierchu też przypominała o śnieżnej zimie, ale w tym przypadku białe fragmenty bardzo pomogły mi uzyskać właściwą prędkość bez obawy o niepotrzebne potknięcia.

Do mety dobiegłem radosny bez obaw o to, że któryś z rywali mnie dopadnie. To cudowne uczucie, gdy widzisz, że pomimo braku doświadczenia na długich dystansach, te swego rodzaju „przebranżowienie” było całkiem dobrym pomysłem. Na tamtym etapie sezonu nie miałem już większych sportowych zmartwień. Wykonałem swój cel, zdobywając swój czwarty medal mistrzostw Polski w 2019 roku. Bukiet srebrnych i złotych krążków dołączonych do kolekcji był w dodatku dosyć różnorodny.

W czerwcu myślami byłem już gdzie indziej. Alpy, Dolomity i Golden Trail Series. Choć kocham nasze Tatry, biegi górskie w tamtych stronach Europy to dopiero nie lada gratka dla faceta, który najchętniej we wszystkim chciałby być najlepszy. Nie wiem, czy to możliwe, choć stale próbuję i na ogół wychodzi mi całkiem nieźle 🙂












Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.