Po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci… przetrwałem! Nie było to przecież tak oczywiste, bo choć biegam po górach nie od dziś, a i do miękkich gości nie należę, na pewnej wysokości wszystko staje się cięższe.

Na przystawkę obrałem kierunek Francja. Marathon du Mont-Blanc wzbudzał we mnie ekscytację na przemian ze stresem.

Stres w sporcie to normalna sprawa, szczególnie wtedy, gdy bardzo nam na czymś zależy. W tym przypadku chciałem przede wszystkim się sprawdzić. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia ze startem na takiej wysokości, a Golden Trail Series to przecież rywalizacja na najwyższym światowym poziomie. W dodatku jeszcze do kwietnia nie miałem na swoim koncie żadnego maratonu górskiego. Pierwszym w moim życiu był ten w Szczawnicy, podczas którego wywalczyłem zresztą srebro mistrzostw Polski. Tamto doświadczenie pozwoliło mi trochę lepiej przygotować się do startu, przemyśleć kwestię odżywiania i nawadniania. Przemyśleć przemyślałem, ale czy w rzeczywistości  wszystko zagrało tak, jak trzeba?

Do pokonania miałem 42 kilometry (+2730 m/ -1700 m) u podnóża Dachu Europy oraz wśród powalających na kolana widoków. Tymczasem to nie one powaliły mnie na kolana, ale upał, który dosłownie mnie wycieńczył i sprawił, że na mecie czułem się, jak potencjalny pacjent, który wymaga pierwszej pomocy, a nie silny sportowiec, który właśnie przebiegł jeden z najtrudniejszych i najbardziej prestiżowych zawodów w biegach górskich.

Tryb startowy w głowie, pełne skupienie, szybki, ale spokojny bieg na początku, który pozwolił mi na pierwszych kilkunastu kilometrach zmieścić się w limicie, jaki sam sobie wyznaczyłem. Rywalizacja to jedno. Każde dłuższe zawody trzeba dobrze przemyśleć i zaplanować zgodnie ze swoimi aktualnymi możliwościami. Potem nie było już jednak tak kolorowo. Szybko osiągana wysokość to jedno. Mój organizm z każdym kolejnym kilometrem coraz gorzej radził sobie z upałem i czułem, jak wciąż brakuje mi wody, pomimo tego, że starałem się pić w każdej możliwej okazji. W pewnym momencie widok mety stał się dla mnie największym marzeniem. Najbardziej w świcie chciałem już przemierzyć jej linię i chwycić za butelkę wody. Na szczęście na trasie mogłem liczyć na doping ze strony biegowych znajomych. Ten, kto biega, ten wie, że nawet w momencie, gdy wydaje się, że już więcej siły w nas nie ma, gdy pojawia się dodatkowe wsparcie w postaci kibiców, nagle do naszych żył trafia dodatkowe paliwo.

Tamten moment był już etapem, w którym nie potrafiłbym się nawet przedstawić. Niewiele pamiętam z finiszu, a czasu bezpośrednio po nim pamiętać nie chcę. Czułem się wyczerpany i jednocześnie niespełniony, bo zamiast walczyć o wynik, zmagałem się z odwodnieniem i przegrzaniem słonecznym. Debiuty bywają ciężkie, a mój dał mi 26. miejsce i spory bagaż doświadczenia z chęcią do dalszej pracy.

Drugim etapem mojej przygody z Golden Trail Series były Włochy. Mówiłem i pisałem wtedy otwarcie, że chcę zostawić na trasie wszystko, co mam, bo w Chamonix czułem, że to nie było maksimum moich możliwości. Dolomythsrun to „bagatela” 22 km z przewyższeniem sięgającym 1750 metrów. Pestka? Było potwornie ciężko. Nie mam przecież na co dzień do czynienia z takimi wysokościami. Szczyt Piz Boe, na który wbiegaliśmy, wznosi się na 3 152 m n.p.m. Srogi podbieg i równie piorunujący zbieg. Niby proste, gdyby zawody odbywały się na przykład w Tatrach. We włoskich Dolomitach zrobiło mi się jednak ciemno przed oczami.

Fot. Mattia Rizzi

Do mety dobiegłem na 33. miejscu zawiedziony, że nie było mnie stać na więcej. Co prawda dotrzymałem słowa, że powalczę na maksimum swoich możliwości, ale miejsca w trzydziestce nie są dla mnie w żadnym stopniu zadowalające. Bieganiu poświęcam przecież większą część mojego życia i nie mogę pozwolić na to, aby cieszyć się tylko z ukończenia kolejnych zawodów albo przeżycia przygody życia.

Już wówczas wiedziałem, że odpuszczam Ring of Steall w Szkocji. Włochy miały bowiem nasycić mnie jako sportowca pozytywnymi emocjami. Podjąłem tym samym szybką decyzję, że wolę postawić na trening i nadrobienie braków tak, by w przyszłości na dłuższych dystansach móc spisywać się lepiej, czytaj kręcić się w pierwszej dziesiątce, a nie wbiegać na metę za entą liczbą biegaczy.

Trzecie i ostatnie w tym roku zmagania z cyklu GTS zaplanowałem w Szwajcarii. Nie chciałem przed sobą stawiać żadnych większych wymagań niż te, które malowałem oczami wyobraźni już wcześniej. Bieg na sto procent tak, żeby potem móc spojrzeć na swoje lustrzane odbicie bez wyrzutów sumienia.

Fot. Fabrice Theytaz

Nie ma mowy o pechu i nie ma też w moim sportowym życiorysie miejsca na marudzenie. W tym przypadku wykończyły mnie jednak skurcze i to takie potworne, które nigdy wcześniej tak bardzo mnie nie zatrzymały. Położyłem się na ziemi i z przerażeniem obserwowałem, jak mijają mnie kolejni uczestnicy biegu w Sierre-Zinal. Na szczęście zjawił się kibic, który bolesnym w skutkach wbiciem palców w moje łydki sprawił, że wstałem i wróciłem do gry. Gra nie toczyła się już jednak o satysfakcjonujący dla mnie rezultat. Co prawda wyprzedziłem znów kilka osób, ale 74. miejsce to dla mnie porażka. Nie ważne, że jestem tu nowy i dopiero odkrywam wielki świat biegów górskich.

Po powrocie do domu wprowadziłem kilka zmian do swojej sportowej rzeczywistości. Postanowiłem też zadbać o zdrowie, a także odnaleźć odpowiedź na pytanie, co zrobić, aby dłuższe dystanse w na większych wysokościach dawały mi więcej satysfakcji niż powodów do złości i niezadowolenia.



Golden Trail Series po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci… nie ostatni!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.